Co motywuje Handlowca?

//Co motywuje Handlowca?

Co motywuje Handlowca?

W szczerej rozmowie o życiu handlowca, o pasji, motywacji oraz zmianie pracy z Łukaszem Glewiczem, managerem sprzedaży w firmie z branży spożywczej – Panegara.

Rozmawia Aneta Sikora

 

A: Życie każdego handlowca oprócz kreatywnych zadań wypełniają schematy myślenia i działania porządkujące naszą pracę. Świadomość tego, jakie one są, skąd się wzięły i dlaczego zostały z nami na tak długo, pomaga się rozwijać, zmieniać i tworzyć nowe rzeczy. Kiedy zacząłeś sobie zadawać pytanie, dlaczego robisz to, co robisz?

 

Ł: Pamiętam, że byłem w Łodzi. To był sierpień 2016 i na LinkedIn  pojawiła się właśnie wiadomość asystentki Marcina Greli z 4Results. Szukali kierownika sprzedaży.  To był impuls: odpowiedziałem i umówiłem spotkanie. Ja bardzo często w swoim życiu działam intuicyjnie. To szczególne „czucie” pomaga mi w życiu i w sprzedaży.

Marcin mnie od razu spytał, co mną kieruje w życiu. Jakie mam wartości, które powodują, że jestem obecnie w firmie Monini i jestem tam szczęśliwy. Natychmiast sam jednak podważył swoje stwierdzenie, bo stwierdził, że to chyba nie do końca tak z tym szczęściem, skoro siedzę z nim  (headhunterem) na spotkaniu. Coś jest nie tak – stwierdził Marcin. (śmiech)

Powiedziałem, że branża, w której pracuję (wtedy byłem od 7 lat  związany z Monini jako Regional Sales Manager) jest bardzo bliska mojemu sercu. Jestem zakochany w kuchni włoskiej, w tym środowisku, znam ten język, poruszam się swobodnie w tych rejonach. Dla mnie to była jedna z tych wartości – jak się później dowiedziałem –  która nakręcała mnie do pracy. Chciałem w tym środowisku zostać jak najdłużej, bo po prostu się tam dobrze czułem.

 

A: Co cię przyciągnęło do ówczesnego pracodawcy?

 

Ł: Jak zaczynałem pracę w Monini, pociągała mnie innowacyjność. Byłem jedną z pierwszych osób w Polsce, którą  zatrudniono do sprzedaży. Budowałem ten rynek, przekonywałem Polaków do innej kategorii produktów spożywczych, jakimi są tłuszcze.

W Polsce nie jesteśmy wychowani na kategorii tłuszcze. Nasza kategoryzacja opiera się na pojęciach takich jak: masło, smalec, olej słonecznikowy, olej rzepakowy. I ja, tak ukształtowane społeczeństwo musiałem przekonać do tego, że oliwa z oliwek extra vergine to jest świetny produkt do kuchni, do smażenia.

 

A: Opowiesz więcej o tym, skąd się wzięła ta marka i dlaczego tak cię zainteresowała?

 

Ł: Nazwa Monini pochodzi od właściciela Zefferino Monini, który swoim nazwiskiem brenduje każdą butelkę, co też było ciekawym na naszym rynku zabiegiem. Oliwa z oliwek to jest jego numer jeden w portfolio, to jest produkt, który nakręca sprzedaż. Do tej pory jestem dumny, że tam pracowałem.

Kiedy zobaczyłem produkcję, cały proces powstawania, selekcję wyboru oliwek do produkcji, to naprawdę poczułem, że to nie jest ściema. W Monini dużą uwagę przykłada się do jakości. Trudno jest dzisiaj zrobić oliwę, która jest co roku powtarzalna, bo to jest w dużej mierze mieszanka z różnych oliwek, odmiennych gatunków. Tak jak z winami. Zefferino Monini to jest człowiek, który siedzi w laboratorium. To nie jest osoba, którą spotkasz w pięknym gabinecie, siedzącą za machoniowym biurkiem i sprawdzająca tylko, ile kasy wpłynęło na konto. To jest pasjonat. On żyje ideą. Tę ideę przekazuje z kolei swojemu synowi. To badawcze i jednocześnie rodzinne podejście mi imponowało.

 

Ja oprócz oliwy, jestem pasjonatem win. Wiem, że muszę się jeszcze sporo nauczyć, żeby rozróżniać pewne szczepy. Sprawia mi to jednak niebywałą przyjemność i satysfakcję. Ja o winach mogę gadać godzinami.

 

A: W twojej opowieści znajdujemy się teraz w momencie, kiedy lubisz firmę, a jak sam twierdzisz do dzisiaj ją szanujesz i cenisz. Z jakiegoś powodu jesteś jednak wtedy na spotkaniu rekrutacyjnym. Powód?

 

Ł: Rozmawialiśmy z Marcinem o moich pasjach: o oliwie, o winie, ale też o innych rzeczach. W końcu padło dokładnie to pytanie: „No dobrze, co się dzieje takiego w twoim życiu? Jesteś w firmie Monini, chcesz tam dalej pracować. Tyle lat nic nie zmieniasz. Dalej o firmie wypowiadasz się w superlatywach. Pytanie brzmi, czy chcesz coś zmienić, czy też nie?”

Powiedziałem mu, że cenię sobie tę firmę, cenię sobie pracę, ale dochodzę do etapu, kiedy chcę coś zmienić. Jestem świadomy tego, że dalsza moja praca dla spółki nie zaspokaja moich potrzeb. Nie jestem w stanie już nic nowego do niej wnieść. A jeśli nawet, to są to już tak nieznaczne wskaźniki, że nie dają mi one pożądanej satysfakcji. Kiedy zaczynałem budować tę markę, rynek, swój region, kiedy wszystkie rzeczy były spektakularne, wiedziałem, że mam wpływ na wiele tematów. Po tym jak już udało mi się zbudować tę konstrukcję to poczułem, iż potrzebuję czegoś jeszcze. Nowych, innych motywacji, które spowodują, że będę wykonywał tą pracę z pasją.

 

Wtedy Marcin zaproponował mi coś nowego. Rozmawialiśmy cały czas na temat bardzo konkretnej oferty pracy, którą wówczas miał w ofercie. Pamiętam, jak powiedział: „Wydaje mi się, że to nie jest Twoja kategoria, że to nie jest temat dla Ciebie na dzień dzisiejszy, dlatego, że poruszasz się po innych sektorach. Jednocześnie widzę twoją ciekawość, dostrzegam to, że uwielbiasz niszowe rzeczy. Pozwól, że chociaż powiem Ci, o czym mówimy i potem podejmiesz decyzję, czy chcesz w to dalej wejść, czy też nie”. Wówczas przedstawił mi konkretną propozycję pracy. To była firma z kategorii „nabiał”. Wtedy dowiedziałem się tylko tyle. Zapytał mnie jeszcze wprost, czy  chce się spotkać z dyrektorem handlowym. Oczywiście intuicyjnie odpowiedziałem „yes”. Idziemy dalej.

 

A: Jak przebiegły losy tej rekrutacji?

 

Ł: Doszło do spotkania, na którym poznałem Adama, ówczesnego dyrektora handlowego firmy. Adam szukał Key Account Managera. Pamiętam dobrze to spotkanie. Mam często tak, że od razu czuję z kimś chemię. Tak właśnie było z Adamem. Obaj nadawaliśmy na tych samych falach. To spotkanie spowodowało, że poszedłem krok dalej. Spotkań było w sumie trzy. Bardzo mi się ten projekt spodobał. Ostatecznie jednak nie zostałem do niego zaangażowany. Z jednej strony bardzo tego chciałem, a z drugiej byłem świadomy, że mnie nie wybiorą, bo podałem takie warunki finansowe, których na tamten moment firma nie była raczej w stanie udźwignąć. Dla mnie to był bufor bezpieczeństwa: jak zmieniać, to na coś spektakularnego. Zdecydowali się na kogoś innego. Rozstaliśmy się w bardzo dobrej atmosferze. Adam powiedział mi, że chciałby (i to nie jest kurtuazja) w przyszłości do mnie wrócić z innym projektem. Powiedziałem ok, zostawmy sobie furtkę do rozmów.

 

A: Co się wydarzyło potem? Wtedy trafiłeś na spotkanie Sales Angels?

 

Ł: To, że poznałem Marcina spowodowało, że usłyszałem o Sales Angels.

Ja nigdy nie sądziłem, że będę handlowcem. Aczkolwiek okazało się, że świetnie się w tym czuję i dzisiaj lubię to robić. Nie wyobrażam sobie życia bez sprzedaży. Z wykształcenia jestem leśnikiem. Jak usłyszałem na Sales Angels, że comiesięczne spotkania społeczności handlowców są jak ostrzenie siekiery u drwala, to ten przykład do mnie trafiał. Nie raz robiłem to dosłownie (śmiech). Wiem jakie to jest ważne, aby się uczyć i doskonalić swój warsztat.

 

A: Masz świadomość z jakich powodów w ogóle chce ci się wstawać rano?

 

Ł: Dla mnie najważniejsze jest, aby codziennie wstawać i wiedzieć po co to robię. Pieniądze nie są dla mnie motywatorem aż tak ważnym, jak świadomość tego, że to, co robię ma sens.  Oczywiście odpowiednie uposażenie jest wymiernym znakiem tego, że dobrze wykonuję swoją pracę. Ja muszę najpierw poczuć, że projekt, którym się zajmuję jest spójny ze mną, z moimi wartościami  i że mogę się z nim utożsamiać. Marcin to wyczuł, dlatego zaprosił mnie na spotkanie Sales Angels. Widział, że to będzie dobre miejsce dla mnie.

 

W tym czasie zacząłem też interesować się psychologią. Moja żona uwielbia tę dziedzinę wiedzy i wszelkie wątki związane z mechanizmami, które powodują, że człowiek robi jedną bądź drugą rzecz. Od wielu lat zachęcała mnie do lektury pewnych czasopism i książek z tego obszaru. Ja z reguły byłem sceptyczny, ale ostatecznie moja wrodzona ciekawość zwyciężyła. Zacząłem zgłębiać temat.

 

A: I w ten sposób trafiłeś na informację, że jest jakaś sprawdzona metoda mierzenia motywacji człowieka?

 

Ł: Na spotkaniu Sales Angels Marcin wspomniał o profesorze Stevenie Reissie i możliwości przeprowadzenia na preferencyjnych warunkach testów badających motywację. Stwierdziłem, że mogę zainwestować w siebie. Często zadawałem sobie pytanie, dlaczego zachowuję się tak, a nie inaczej, dlaczego wchodzę w pewne schematy? Zrobiliśmy testy, a potem przez kilka godzin wspólnie z Marcinem omawialiśmy ich wyniki.

 

A: Pamiętasz jaka była twoja pierwsza reakcja po otrzymaniu raportu z badania?

 

Ł: Kiedy zobaczyłem suchy wynik, byłem w totalnym szoku. W zupełności zgadzałem się z 15 motywatorami, ale jeden z czynników był skrajnie niezgodny z tym, co sam o sobie myślę, że doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

 

A: Zdradzisz, który to był motywator?

 

Ł: Tak – PORZĄDEK – wynik minus 2. Nie mogłem w to uwierzyć. Pomyślałem dobra, idę na spotkanie, niech mi to ktoś wyjaśni.

 

A: Postrzegałeś siebie wtedy w inny sposób?

 

Ł: Myślałem, że jestem poukładany. Wiedziałem, że formalności nie są dla mnie ważne. Dla mnie istotne jest inicjowanie czegoś nowego, spontanicznego. Nie burzyło to jednak mojego przekonania o sobie jako osobie trzymającej porządek. Czasami w życiu zawodowym zajmowałem się czymś samodzielnie, a formalności zostawiałem komuś innemu.  Często musiałem zajmować się biurokracją, ale robiłem to z wielkim bólem serca. Dzisiaj wiem, dlaczego to mnie tyle kosztowało. Teraz umiem wykorzystać tą wiedzę.

 

A: Czego jeszcze dowidziałeś się z raportu RMP (Reiss Motivation Profile)?

 

Usłyszałem, że nie ma złych wyników. Po prostu warto byś świadomym tego, jakie mamy motywatory, co powoduje, że zachowujemy się tak a nie inaczej. Wyjaśnił mi na przykład, że praca w korporacji, to raczej nie jest kierunek dla mnie, bo się zamęczę. Pokazał mi też na podstawie mojego doświadczenia zawodowego, że zawsze poruszałem się wśród małych, niszowych firm, o prostej strukturze. Tam się odnajdowałem. I rzeczywiście tak jest. Dzisiaj wiem, że mogę to wykorzystać. Patrząc na to, jak PORZĄDEK wpływał na moje życie, teraz inaczej do tego podchodzę, bardziej profesjonalnie.

 

A: Jakie ma dla Ciebie znaczenie NIEZALEŻNOŚĆ?

 

 Jestem osobą, która lubi być samowystarczalna ale z drugiej strony potrafię pracować w zespole, jeśli nie jest on zbyt duży. W pracy bardzo sobie cenie transparentne procedury, które dają mi swobodę w działaniu, dzięki temu finalnie jestem w stanie więcej wnieść do danej spółki. Niezależność wpływa również na podejmowane przeze mnie decyzję, lubię je podejmować, chociaż zdarzają się sytuację, że je konsultuję.

 

W życiu osobistym ten motywator czasem mi przeszkadza, ponieważ zazwyczaj nie lubię mieć zobowiązań wobec innych ale jednocześnie lubię, kiedy inni mają u mnie dług wdzięczności.

 

A: Coś jeszcze odkryłeś u siebie?

 

Ł: Dostrzegłem też, jak ważny jest dla mnie HONOR – wartość tego wskaźnika mam bardzo wysoką. Dla mnie słowa mają wielką moc. Cenię sobie osoby prawdomówne, lojalne. Dlatego wielokrotnie potrafiłem coś stracić, aby tylko moja opinia na tym nie ucierpiała. Czasami przegrywałem finansowo z tego samego powodu. Odpuszczałem, wolałem zachować dobre relacje. Mój pomysł na sprzedaż opiera się w dużej mierze na lojalności i honorze. Staram się przekonywać klientów, że to jest moja zaleta. Staram się budować swoją markę.

 

A: Co Cię kręci w życiu?

 

Ł: Honor, piękno, status to są rzeczy które nakręcają moje życie.

 

A: Z perspektywy czasu, co ci dały testy RMP?

 

Ł: Wydaje mi się, że umiejętność praktycznego wykorzystania wyników tych testów sprawiła, że jestem lepszym człowiekiem w życiu prywatnym i zawodowym. Wiem jak się poruszać. Rozumiem teraz na przykład dlaczego czasami tak ciężko było mi inicjować jakieś spotkania. Okazuje się, że mój wskaźnik kontaktów towarzyskich jest na plusie, ale nie jest bardzo wysoki. Potrzebuję kontaktów z ludźmi, ale równie mocno cenię sobie prywatność. Mam teraz świadomość, iż jeśli któryś z motywatorów wymienionych w teście Reissa jest niezaspokojony, to źle się czuję. Dzisiaj wiem, że musze zaspokoić tą potrzebę, bo będę głodny. A nikt tego nie lubi.

 

A: Po czym poznajesz, że jesteś lepszy? Jak to mierzysz?

 

Ł: Miarą lepszego życia dla mnie jest praca nad sobą. Zacząłem uważnie przyglądać się stylowi życia mojej rodziny. Zwracam uwagę, co jemy, jak spędzamy aktywnie czas, jakie mamy relacje z ludźmi. Wiem, że praca nad różnymi cechami charakteru ma dla mnie znaczenie. Na przykład wiem, że muszę ćwiczyć się w panowaniu nad emocjami. Może tego nie widać, ale jestem cholerykiem. Widzę, ile pracy w to wkładam i jakie to przynosi efekty. Testy Reissa w tym pomagają. Żona też twierdzi,, że widać progres. Razem zmieniamy się, pracujemy nad sobą. To cementuje nasz związek. Kiedy zbuduję dobre relacje w domu, to wiem, że zbuduję je też w życiu zawodowym.

 

A: Dom to twój fundament?

 

Ł: Mam wysoki wskaźnik RODZINY. W domu odpoczywam, resetuję się. Uwielbiamy z żoną takie wieczory, gdy w radiu leci chili zet, na stole stoi lampka primitivo di manduria, a my mamy czas na rozmowę. To jest ten moment. Pełne, świadome przebywanie z osobą, którą kocham sprawia, że chce mi się angażować w życie zawodowe. Bez tego nie miałbym motywacji.

 

A: To piękne co mówisz. A co się zmieniło w twoim życiu zawodowym? Wyniki testów spowodowały jakąś refleksję również na tym polu?

 

Ł: Zacząłem dostrzegać wartość małych kroków i systematyczności. Ponieważ test uświadomił mi, że regularność nie jest moją mocną stroną, zacząłem nad tym pracować. Lubię wyzwania. Pomyślałem, że jak poradzę sobie z czymś trudnym, to później rzeczy będą już łatwiejsze. Zacząłem od porządku. Dziś to procentuje. Przekłada się na liczbę spotkań z klientami, na rozmowy telefoniczne, sposób wyszukiwania nowych możliwości dystrybucji, a potem na moje zaangażowanie. Czasami są dni, kiedy nie widzę efektów, ale dalej robię swoje. Zauważyłem, że w systematyczności jest siła. I wyniki prędzej czy później się pojawią.

 

A: Dlaczego zaczynasz od rzeczy najtrudniejszych, a nie –  jak pewnie większość z nas – od tych wymagających najmniej wysiłku?

 

Ł: W pewnym momencie mojego życia zobaczyłem, że zaczynam spoczywać na laurach i zaraz mogę zacząć prowadzić spokojne życie zawodowe w kapciach. Jednak nie tego potrzebuję. Lubię nieustannie się z czymś mierzyć. W ten oto sposób od pięciu miesięcy jestem w nowych strukturach handlowych. Zacząłem od pozyskania najtrudniejszego klienta, bo wiedziałem, że jeśli tutaj odniosę sukces to da mi on niezbędną siłę napędową do dalszego działania i potem będzie już tylko łatwiej. To mnie nakręca. Zaczynam od tych trudnych spraw. W życiu prywatnym tak samo. Uważam, że to te poważne sprawy budują nasze relacje.

 

A: Słyszę, że chętnie się uczysz. Głód wiedzy Ci z czasem nie minął?

 

Ł: Rozmowy z ludźmi mają dla mnie dużą wartość, zawsze dowiaduję się czegoś nowego o sobie. Czasem słyszę coś, co nie zawsze jest dla mnie fajne, ale wiem, że mogę się dzięki temu rozwijać. Spotkania Sales Angels wywierają na mnie duży wpływ. Staram się wdrażać w życie to, co usłyszę i czerpać od ludzi, którzy są lepsi ode mnie. Cały czas, niezmiennie towarzyszy mi głód wiedzy.

 

A: Jak trafiłeś do nowej firmy?

 

Ł: Wracam myślami do poprzedniej rekrutacji. Kiedy nie udało mi się zmienić pracy, odpuściłem totalnie poszukiwania. Sytuacja uspokoiła się na kilka miesięcy. Co prawda czułem cały czas, że muszę coś zmienić, ale nie robiłem w tym temacie nic konkretnego. Konsekwencje były takie, że musiałem się rozstać z firmą Monini.

Zadzwoniłem do Marcina w październiku 2017 roku z informacją, że jestem dostępny od nowego roku i gdyby słyszał, że ktoś szuka handlowa, to niech da mi znać. Odpowiedział po chwili: „Zaczekaj, porozmawiajmy. Mam dwie propozycje pracy dla Ciebie: jedna to regionalny kierownik sprzedaży w kategorii tłuszcze, którą znasz. A druga to jest bardzo ciężki temat, niszowy. Pasowałbyś tam ale to jest bardzo ambitny projekt”. Odpowiedziałem, że pierwszy temat mnie nie interesuje, ale o drugim chciałbym dowiedzieć się więcej. Zaintrygował mnie. Na tyle, że to właśnie z firmą, o której mowa, związałem swoją przyszłość i to tam właśnie teraz pracuję.

Od początku czułem intuicyjnie, że to może być projekt dla mnie. To była bardzo szybka i nietypowa rekrutacja. Błyskawicznie doszło do pierwszego spotkania z Juanem i Joanną, właścicielami firmy PANEGARA. Rozmawialiśmy o moich doświadczeniach zawodowych, moim życiu, pasji. Godzina minęła bardzo szybko. I to było tyle. Nie było szczegółów, oczekiwań, koncepcji współpracy. Daliśmy sobie tydzień na zastanowienie. Po kilku dniach dostałem telefon z Portugalii z pytaniem, czy mogę przyjść do pracy w poniedziałek. Byłem bardzo zaskoczony. Nigdy nie dostałem tak szybko propozycji pracy, po jednym nieformalnym spotkaniu.

 

A: Co wtedy poczułeś: radość, zdziwienie, szok?

 

Ł: Niepokój. To była bardzo nietypowa sytuacja. Zadzwoniłem do Marcina i opowiedziałem mu jak wygląda sprawa. Bardzo mocno mnie wtedy wspierał i poparł moją decyzję, aby spotkać się jeszcze raz z szefem firmy – Juanem.

 

Spotkałem się, przygotowałam swoje warunki – miałem ich 7. Po kilku minutach Juan zapytał, czy w poniedziałek mogę zacząć pracę. Zapytałem skąd taka szybka decyzja. Wydawało mi się to nieprofesjonalne. Juan odparł, że nie są desperatami. Dodał jeszcze: „Marcin przekazał nam taką rekomendację Twojej osoby, że zanim cię poznaliśmy, byliśmy pewni, że chcemy z Tobą współpracować. Spotkanie tylko upewniło nas w tym, że Marcin ma rację i reprezentujesz te wartości, o których powiedział. Możesz zacząć pracę od stycznia, ale w naszej ocenie szkoda czasu. Lepiej żebyś zaczął jak najszybciej poznawać firmę. Zrozumiał, jak funkcjonujemy, poznał asortyment na tyle, żebyś od nowego roku zaczął sprzedawać”.

 

Zadzwoniłem do Marcina, podziękowałem mu za rekomendację i zapytałem, dlaczego mnie tak bardzo promował. Odpowiedział: „Dzięki Reissowi, dzięki temu że zrobiłeś ten test. Przegadaliśmy różne tematy i ja dokładnie wiedziałem, czego potrzebujesz i jaką jesteś osobą. Wiedziałem z testu, że pasujesz do tej struktury i tam się odnajdziesz. Zależy mi na tym, żeby tak  było”. Jego rekomendacja i to że zrobiłem testy zaważyła na tym, że mam dzisiaj pracę.

 

A: Ktoś jeszcze Cię wspierał w twoim rozwoju?

 

Ł: Pamiętam, że jak wtedy robiłem te testy, to żona mówiła do mnie: „świetnie, że inwestujesz w siebie (to była już kolejna inwestycja), ale czy nie przesadzasz trochę”?. Odparłem wtedy, że czuję, że to jest dla mnie dobre. Tym bardziej, że w 2016 testy były dosyć drogie. A oferta, którą dostałem była bardzo atrakcyjna. Byłem przekonany, że nie będę żałował wydanych pieniędzy.

 

A: Z czym się zmagałeś na drodze zmiany pracy?

 

Ł: Muszę przyznać, że mocno przeżyłem te zmiany. Wiem, że byłem zbyt mocno zaangażowany emocjonalnie. Dla mnie zmiana zawodowa była porównywalna z utratą kogoś bliskiego. Czułem się momentami, jakby ktoś mi umarł. Pracuję nad tym, aby balansować pewne emocje. Wiem, że rozstanie się z Monini to było dobre rozwiązanie dla obu stron. Musiałem się z tym pogodzić i zaakceptować to, co jest dzisiaj.

 

A: Gdzie jesteś dzisiaj? Co osiągnąłeś w nowej firmie?

 

Ł: Wiem, że to czego udało mi się dokonać w ciągu tych 5 miesięcy w nowej pracy jest wartościowe. Poznałem wielu ludzi, nieznane mi dotychczas mechanizmy sprzedaży, zacząłem zajmować się projektami, którymi wcześniej nie miałem szans dotknąć. Dzisiaj moje kompetencje są większe. Wiem, że jestem skazany na samodzielność. Czasami bywa to irytujące. Muszę się z tym zmierzyć. Widzę, że miesiąc po miesiącu pojawiają się kolejne efekty. Mam realny wpływ na to, co dzieje się w dziale sprzedaży tej firmy.

 

Wydawało mi się na początku, że procent mojego zaangażowania jest niewspółmierny z wynikami. Ja zaczynam budować rynek od zera, bez żadnego klienta, buduję markę, wprowadzam nowy produkt na rynek. Nigdy tego nie robiłem, dlatego to jest bardzo trudne. Myślałem, że szybciej sobie z tym poradzę. Myślałem sobie: „Jestem Łukasz Glewicz, jestem ekspertem w branży spożywczej i klienci od razu poczują chemię do produktu i do mnie”. Musiałem zmierzyć się z tym, że jest to długi proces. Jednocześnie wiedziałem, że budowa rynku zajmuje 2 lata. Wiem, że potrafię to zrobić. To wymaga czasu.

 

A: Z jakiś ostatnich osiągnięć zawodowych jesteś dumny?

 

Ł: Cieszę się, że rozpocząłem proces sprzedażowy od podpisania  kontraktu z najważniejszym klientem dla mnie i dla firmy, mianowicie z halą E.Leclerc na Ursynowie, która jest najlepszą halą sprzedażową w całej sieci. Uruchomiło  to lawinę kolejnych klientów i kontraktów. To potwierdziło, że to co robię ma sens. Bywały ciężkie chwile, kiedy nie mogłem umówić spotkania. Wiem, że ta praca, którą wykonywałem na początku w listopadzie, grudniu, przynosi teraz efekty. Jestem dumny z tego, że kolejni klienci są w portfelu.

 

Mam poczucie, że to, co robię powoduje trend.

To co sprzedaje, to są jedne z najtrudniejszych produktów np. serca palmy. Hitem jest też pulpa z mango, z której można przygotować deser, który uwielbiam – mango lassi. Cieszę się, że potrafię zaszczepić u moich klientów miłość do zupełnie egzotycznych produktów i przy tym edukować rynek. Przekonuję ludzi do kuchni, która jest bardzo szybka i zdrowa.

 

Dziękuję za rozmowę. 

Aneta – pozdrawia z ostatniego rzędu na spotkaniach Sales Angels 😉

ULTRA PROSTY SPOSÓB na TAPIOCA WRAP

 

  1. Na zimną patelnię z powierzchnią nieprzywierającą, średnicy 20 cm wsypać 1 saszetkę tapioki.
  2. Wyrównać łopatką powierzchnię i rant wrapa.
  3. Podgrzewać 1 minutę na średnim ogniu, odwrócić i powtórzyć to samo z drugiej strony, zdjąć z patelni.
  4. Na jeszcze lekko ciepły wrap z tapioki nałożyć ulubione nadzienie (słodkie lub wytrawne) – zwinąć lub złożyć.
  5. Można także przed zdjęciem wrapa z patelni położyć ulubione nadzienie – np. ser mozzarella, pomidory, grilowane mięso, złożyć na pół i kilkanaście sekund zapiec na patelni.

Smacznego!